– W języku kluczowe jest, żeby nie nastawiać myślenia poprzez różne stereotypowe wyrażenia, które mogą sprawić, że nasz sposób postrzegania staje się ograniczony – mówi prof. Jacek Wasilewski, medioznawca z Uniwersytetu Warszawskiego, w rozmowie zrealizowanej w ramach projektu NIEsłownik.
– Kiedy używamy określenia „osoba niepełnosprawna”, co nadal często się powtarza, rozciągamy kwestię niepełnosprawności na całość tej osoby. Tak jakby osoba, która ma jakiś problem (czy to z poruszaniem się, widzeniem, słyszeniem, czy jakąkolwiek inną niesprawnością) miała tę cechę stanowiącą jej podstawową definicję. To jest oczywiście bez sensu, ponieważ kluczowe jest to, że ta osoba po prostu ma pewną niepełnosprawność, ale ta cecha może nie mieć kompletnie żadnego znaczenia dla wykonywanej przez nią pracy, jej zainteresowań czy czegokolwiek innego. W związku z tym, jeśli mówimy, że jest to osoba „z niepełnosprawnością”, to równie dobrze możemy powiedzieć, że ktoś jest „osobą z kapeluszem” albo „osobą o ciemniejszej karnacji” czy „osobą z dłuższymi włosami”. Gdy określamy kogoś poprzez jakąś jego cechę, to najczęściej dotyczy to jednego aspektu, a nie całości tej osoby. Dlatego jeśli mówimy „osoba z niepełnosprawnością”, to podkreślamy, że w kontekście pracy lub innych obszarów, które chcemy poddać ocenie, ta osoba może być równie pełnosprawna jak wszystkie inne. Dla przykładu: jeżeli mam księgowego i powiem, że to „niepełnosprawny księgowy”, to słowo „niepełnosprawny” jakoś rzutuje na całokształt jego pracy. Ale jeśli powiem, że to „osoba z niepełnosprawnością mobilną, mój księgowy”, to od razu wiadomo, że jest świetnym księgowym, skoro go zatrudniłem, a jedynie na spacer może być mu potrzebna dostosowana przestrzeń – zauważa prof. Wasilewski.
Używając niewłaściwego języka, nieświadomie krzywdzimy
Jeżeli osoby z niepełnosprawnościami spotykają się z archaicznymi określeniami typu „inwalida” czy „kaleka” lub z wyrażeniami, które kiedyś były stosowane w węższym kontekście, a teraz ich konotacje się rozszerzyły, uruchamiają się pewne skrypty myślowe, które sugerują, że takie osoby są w jakiś sposób „gorsze”. Według słów prof. Jacka Wasilewskiego, takie określenia niosą ze sobą długą historię negatywnych skojarzeń i mogą znacząco wpływać na poczucie własnej wartości. W efekcie osoby z niepełnosprawnościami mogą mieć niższą pewność siebie, co utrudnia im pełne wykorzystanie swojego potencjału.
– Dotyczy to nie tylko osób z niepełnosprawnościami, ale także innych grup, jak np. migrantów, którzy zmagają się z bagażem stereotypów powiązanych z ich pochodzeniem etnicznym, często sięgających jeszcze XIX wieku. Jeśli chcemy budować równościowe społeczeństwo, musimy zrozumieć, że takie skojarzenia blokują rozwój i wzmacniają poczucie niższości, mimo wysiłków wkładanych przez jednostki, by je przezwyciężyć. W ten sposób, używając takiego języka, nieświadomie krzywdzimy te osoby, zamykając je w szufladkach. Co więcej, takie podejście ogranicza także nas samych. Na przykład, pracodawca używający takiego języka zamyka się na potencjalnie wartościowych pracowników i traci możliwość pełnego wykorzystania szans, które mógłby zyskać, gdyby był bardziej otwarty i inkluzywny. Stereotypy wpływają na nasze decyzje i możliwości, co można dostrzec na przykładzie powszechnego określenia „baba za kierownicą”. Wiemy przecież, że kobiety jeżdżą bezpieczniej i mają mniej wypadków śmiertelnych, jednak taki stereotyp może nas nieświadomie kierować ku mniej korzystnym decyzjom – dodaje prof. Wasilewski.
„Leworęczny” też był „gorszy”
Ekspert zwrócił również uwagę, że przykładem, który dobrze ilustruje kwestię poczucia gorszości, jest np. sposób, w jaki dawniej traktowano osoby leworęczne. Jeszcze do lat 60. XX wieku, leworęczność uważano za coś złego czy niewłaściwego. Osoby leworęczne często zmuszano do pisania prawą ręką, niejednokrotnie łamiąc im lewą rękę lub stosując inne metody przymusu. Dzisiaj takie rozróżnienie wydaje się zupełnie bez znaczenia. Leworęczność stała się neutralną cechą, lecz w przeszłości wiązała się z szeregiem uprzedzeń, jak np. przekonanie, że prawa ręka jest lepsza, bo to „prawica pana,” a wstawanie lewą nogą uważano za coś pechowego.
– Z czasem społeczeństwo uwolniło się od tego typu myślenia. Dzisiaj, gdy przypominamy sobie, że leworęczność była kiedyś piętnowana, uznajemy to za rodzaj myślowego „barbarzyństwa.” Podobnie może być z różnymi aspektami związanymi z niepełnosprawnościami. Może w przyszłości nasi potomkowie uznają za absurdalne to, że niepełnosprawność mogła kiedyś definiować całego człowieka. Tak jak teraz leworęczność nie jest powodem do wykluczenia, tak niepełnosprawność mogłaby przestać być cechą, która dzieli ludzi na lepszych i gorszych. To podejście wymaga unikania przestarzałych wyrażeń, które nie tylko ograniczają osoby, do których się odnoszą, ale też zawężają nasze własne myślenie. Zmiana języka w tym obszarze jest niezbędna, gdyż pomaga wyeliminować z przestrzeni publicznej szkodliwe stereotypy. Gdybyśmy dzisiaj nadal dzielili ludzi na „panów” i „chłopów,” obarczając ich historycznymi konotacjami, moglibyśmy zauważyć, jak wiele negatywnych stereotypów wiąże się z tym podziałem – twierdzi prof. Wasilewski.
Nasz rozmówca dodaje, że podobnie jest z wyrażeniami, takimi jak „inwalida” czy „kaleka,” które niosą za sobą historię pełną nierówności. „Inwalida” pochodzi z czasów wojennych i dotyczyło żołnierzy, którzy doznali obrażeń i nie mogli kontynuować służby wojskowej. Z kolei „kaleka” wiązała się z dawnym, podzielonym społeczeństwem średniowiecznym. Dziś, gdy porzuciliśmy podziały związane z „szlachetnym” pochodzeniem, powinniśmy również odrzucić język, który dzieli ludzi na lepszych i gorszych.








