Grzegorz Całek (socjolog, polityk społeczny, prezes Polskiego Towarzystwa Zespołu Aspergera): Jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia, jeśli chodzi o język. Przykładem może być język sportowy stosowany przez trenerów, gdzie nadal funkcjonują określenia typu „łamaga”, „pierdoła”, a nawet „Down” w stosunku do zawodników, którzy nie spełniają oczekiwań trenera. Takie słowa są niestety traktowane przez niektórych jako „motywacyjne” i uznawane za normalny sposób komunikacji.
Czy powiedzenia typu „ślepy jak kret” czy „pędzi jak wariat” wpływają na postrzeganie osób z niepełnosprawnościami?
Korelacja między językiem potocznym a wpływem na postrzeganie osób z niepełnosprawnością nie jest tak silna, jak mogłoby się wydawać. Związki frazeologiczne mają to do siebie – co jest zresztą ich definicyjną cechą – że ich znaczenie metaforyczne nie jest dosłowne. Są to zwroty, których używamy na co dzień, często nie zdając sobie sprawy z ich pochodzenia i pierwotnego znaczenia. Dopiero uświadomienie sobie przez kogoś, że takie określenie odnosi się do osób postrzeganych kiedyś jako „wariaci”. Dopóki tego nie zrozumiemy świadomie, takie wyrażenia pozostają po prostu utartymi frazami w języku codziennym.
Istnieje ogólne przekonanie, że język, jakiego używamy i jaki słyszymy, ma wpływ na nasze myślenie.
Nie uważam, że największym problemem jest fakt, iż ktoś mówi „osoba niepełnosprawna” zamiast „osoba z niepełnosprawnością.” Co więcej, rozumiem, że starsze osoby używają określenia „inwalida” i nie widzą w tym nic złego, ponieważ było to powszechne przez większą część ich życia. Jeśli dziś powiedzą „niepełnosprawny”, to moim zdaniem już jest to pewien sukces – choćby z przymrużeniem oka – bo dokonali pewnej zmiany w swoim słownictwie. Oczekiwanie, by mówili „osoba z niepełnosprawnością”, może być dla nich już zbyt dużym wymaganiem, a jeszcze większym błędem byłoby ocenianie ich negatywnie za to, że używają „niepełnosprawny” zamiast „osoba z niepełnosprawnością”. W takim kontekście musimy dostrzegać ewolucję języka, ale też rozumieć, że pewne zmiany w mowie potocznej, szczególnie u starszych osób, mogą następować wolniej i niekoniecznie są czymś, czego powinniśmy od nich wymagać za wszelką cenę.
Nie zmienia to jednak faktu, że bariera akceptowalności dla języka wśród osób z niepełnosprawnością jest bardzo różna. Np. część osób korzystających z wózka nie ma problemu z używaniem słów „wózkowicz” czy „wózkers”, a inni takich określeń nie dopuszczają.
Kiedy mówimy o komunikowaniu się z osobą z niepełnosprawnością lub o komunikacji między osobami z niepełnosprawnościami, kluczowe jest, aby uświadomić sobie, że język nie jest uniwersalny. Każdy z nas ma swoje językowe naleciałości, wynikające z doświadczeń i środowiska, w którym dorastaliśmy, gdzie pewne kwestie określano w sposób specyficzny. W relacjach jeden na jeden warto po prostu zapytać, jak dana osoba chce, aby się do niej zwracać. Jedna osoba może bez problemu powiedzieć: „jestem niepełnosprawny”, „jestem cukrzykiem”, „jestem wózkowiczem” albo nawet „jestem ślepy”. To może wynikać z różnych przyczyn – mamy inną wrażliwość na kwestie niepełnosprawności, odmienny stosunek do życia i siebie samego, różny dystans do swojego zdrowia czy doświadczeń. Niekiedy osoby z pełną świadomością przyznają, że ich choroba czy niepełnosprawność definiuje w dużej mierze ich życie. Przykładem mogą być dzieci z Zespołem Aspergera. Na pierwszy rzut oka można by sądzić, że określanie kogoś jako „autystyka” czy „Aspiego” jest problematyczne, bo definiuje tę osobę przez pryzmat jej niepełnosprawności. Jednak gdy porozmawiamy z samymi dziećmi lub ich rodzicami, często okazuje się, że Zespół Aspergera ma istotny wpływ na całe ich życie, na codzienne funkcjonowanie dziecka i jego rodziny, np. w środowisku szkolnym, co sprawia, że takie określenie jest w pełni zrozumiałe i adekwatne dla tych, którzy go używają. Zachęcam zatem do wrażliwości, ale też do indywidualnego podejścia. W najprostszej sytuacji wystarczy po prostu zapytać: „Jak chcesz, żeby się do Ciebie zwracać?”. Takie pytanie może być dobrą praktyką także w innych kontekstach, np. na uczelniach, gdzie osoby transpłciowe mogą prosić o konkretne formy zwracania się do nich. To jest najprostsza wskazówka: zapytaj, ponieważ każdy ma inną wrażliwość. W komunikacji nie chodzi o tworzenie uniwersalnych norm, bo tak naprawdę nie istnieją uniwersalne normy w tej dziedzinie. W relacjach z ludźmi powinniśmy dążyć do sposobów komunikacji adekwatnych do sytuacji i odpowiadających danej osobie. To jest najważniejsze: bądźmy wrażliwi na drugą osobę.
Gdzie widzi Pan największe problemy jeśli chodzi o opisywanie niepełnosprawności w przestrzeni publicznej?
Nie przyjmowałbym się za bardzo językiem, w którym się komunikują ludzie między sobą jeden na jeden. Widzę dwa inne problemy. Po pierwsze, należy w przestrzeni publicznej, a zwłaszcza w aktach prawnych, bezwzględnie wyeliminować słowa, które nie powinny już dzisiaj funkcjonować, takie jak „kaleka” czy „inwalida”. Tego rodzaju określenia, pochodzące z minionej epoki, powinny zniknąć, ponieważ wpływają na sposób, w jaki postrzega się osoby z niepełnosprawnościami. Natomiast archaiczne terminy powinny być bezwzględnie wyrugowane z oficjalnego języka. Drugim problemem są trudne określenia stosowane wobec osób z niepełnosprawnościami, zwłaszcza dzieci. Prowadziłem badania wśród rodziców dzieci z Zespołem Aspergera i tam nie było problemu z używaniem określenia „osoba z niepełnosprawnością” czy „niepełnosprawny”. Problemem okazało się jednak, że w szkole, zarówno przez rówieśników, jak i przede wszystkim przez nauczycieli, dzieci te były określane na ponad 70 różnych, często negatywnych sposobów. Tylko dwa z tych określeń nie miało negatywnego charakteru. Jedno to neutralne określenie „ASPI” a drugie to „AS”, odnoszące się zarówno do Zespołu Aspergera, jak i pozytywnego znaczenia słowa „as”, czyli osoby wyjątkowo uzdolnionej.
A reszta określeń?
To była codzienność pełna określeń co najmniej pejoratywnych, a nierzadko wręcz wulgarnych, takich jak „idiota”, „kaleka”, „baran”, „dureń” i inne. Jeśli miałbym wskazać, co należy zrobić z językiem w odniesieniu do osób z niepełnosprawnościami, to przede wszystkim należałoby zastanowić się nad tym, jak pozbyć się tego rodzaju języka w stosunku do dzieci. To one są najbardziej narażone na krzywdę wyrządzaną przez takie określenia. Dorosły może jakoś sobie z tym poradzić, ale dziecko, zwłaszcza młode, nie ma jeszcze takich narzędzi i taka sytuacja może prowadzić do poważnych konsekwencji, łącznie z próbami samobójczymi. Są już na ten temat badania, które pokazują skalę tego problemu w Polsce. W moich badaniach wynik ten był wręcz zatrważający, zwłaszcza że dotyczył nauczycieli – osób wykształconych, z przygotowaniem pedagogicznym i powołaniem do pracy z dziećmi. A mimo to byli oni zdolni do stosowania wobec swoich podopiecznych wulgarnych i krzywdzących określeń. Podsumowując, uważam, że kluczowe jest eliminowanie nieodpowiedniego języka w życiu publicznym, a zwłaszcza w aktach prawnych, bo to one wyznaczają sposób, w jaki mówi się o osobach z niepełnosprawnościami. Jednakże na pierwszym miejscu stawiam język osób pracujących z dziećmi z niepełnosprawnościami. Oczywiście chciałbym, żeby przestrzeń publiczna, w tym media i dziennikarze, także używała odpowiednich sformułowań, ale to, wbrew pozorom, jest mniej istotne. Największe znaczenie ma to, w jaki sposób osoby pracujące z dziećmi z niepełnosprawnościami wyrażają się na ich temat – to jest absolutny priorytet.
Młodzi ludzie, aktywni w mediach społecznościowych, są grupą raczej wrażliwą na język, choćby dlatego. Ale sieć sprzyja też anonimowości, co ułatwia wyrażanie negatywnych komentarzy i hejtu – tym bardziej, że w Internecie można napisać coś obraźliwego znacznie łatwiej, niż powiedzieć to komuś prosto w twarz. A to niestety sprawia, że zły sposób używania języka staje się zjawiskiem powszechnym.
Najlepszym rozwiązaniem wychowawczym i edukacyjnym jest dawanie dobrego przykładu. Wszyscy, którzy na co dzień pracują z dziećmi – wychowawcy w szkole, instruktorzy harcerscy, trenerzy sportowi – mają ogromny wpływ na kształtowanie postaw młodych ludzi. Tutaj o wszystkich, którzy pełnią rolę autorytetów i przewodników dla młodszych pokoleń.
Jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia, jeśli chodzi o język, jakim posługują się dorośli w tych rolach. Przykładem może być język sportowy stosowany przez trenerów, gdzie nadal funkcjonują określenia typu „łamaga”, „pierdoła”, a nawet „Down” w stosunku do zawodników, którzy nie spełniają oczekiwań trenera. Takie słowa są niestety traktowane przez niektórych jako „motywacyjne” i uznawane za normalny sposób komunikacji. To właśnie taki przykład jest przekazywany młodym ludziom, którzy uczą się, że używanie takich określeń jest akceptowalne.
Nie wspominając już o przykładach płynących z przestrzeni medialnej, zwłaszcza ze świata polityki, gdzie niemal codziennie można usłyszeć, że ktoś kogoś „wysyła do Tworek”, czy nazywa „wariatem”. W momencie, gdy młodzież słyszy takie wypowiedzi od osób publicznych, trudno oczekiwać, by automatycznie uważała, że w ten sposób nie powinno się mówić. Termin „język parlamentarny” nie oznacza już, niestety, języka pełnego klasy i elegancji; wręcz przeciwnie, staje się złym przykładem dla młodych ludzi.








