Zmiana języka to proces, który będzie trwał, ale już widzimy pozytywne efekty – ocenia Agnieszka Maciejewska, koordynatorka dostępności w Urzędzie Miasta Poznania.
W jakim miejscu jesteśmy, jeśli chodzi o urzędowy opis języka niepełnosprawności?
Agnieszka Maciejewska: Z pewnością jesteśmy dopiero na początku drogi, zwłaszcza w kontekście przepisów prawnych, które zawierają przestarzałe i nierzadko pejoratywne terminy, jak np. „inwalida”. Jest to określenie, które aż prosi się o zastąpienie bardziej neutralnym i szanującym podejściem. Przed nami stoi ogrom pracy, jeśli chcemy, by język faktycznie stał się bardziej skoncentrowany na osobie, a nie na jej niepełnosprawności.
Skoro powołujemy „pełnomocników prezydenta miasta ds. niepełnosprawności”, to później stosujemy analogiczną terminologię w aktach prawa miejscowego, zarządzeniach. Ale tak naprawdę powinniśmy od początku przejrzeć wszystkie możliwe dokumenty i stopniowo je zmieniać. Dlatego zmiana języka jest możliwa i absolutnie konieczna w pierwszej kolejności w przypadku aktów, które powstają.
Co ciekawe, pojawia się tu też pewien dylemat. Spotykam się z głosami od samych osób z niepełnosprawnością, które nie zawsze akceptują termin „osoba z niepełnosprawnością.” Niektórzy uważają, że takie określenie jest tymczasowe, a przecież ich sytuacja zdrowotna może się zmienić. Warto więc dążyć do ujednolicenia języka, ale z szacunkiem dla różnych perspektyw, tak aby nowe terminy były konsekwentnie stosowane, przyjęte i ostatecznie w pełni zrozumiałe dla wszystkich.
Pani słowa są potwierdzeniem głosów innych ekspertów, z którymi rozmawiamy w ramach projektu NIEsłownik. Granica akceptowalności języka jest wśród osób z niepełnosprawnościami bardzo płynna, a niekiedy prawie niezauważalna.
Na szkoleniach w Urzędzie Miasta Poznania często podkreślamy, że gdy czegoś nie wiemy w kwestii wsparcia dla osób z niepełnosprawnością, warto po prostu zapytać te osoby o ich potrzeby lub preferencje dotyczące formy zwracania się do nich. Jednakże przyjęcie jednolitych standardów językowych ma swoje znaczenie, ponieważ pomagają one unikać niejednoznaczności i ograniczają użycie określeń, które mogą być pejoratywne, przestarzałe, czy krzywdzące.
Często spotykamy się z heroizowaniem osób z niepełnosprawnością: mówieniem o nich jako bohaterach, co nie jest pożądane ani zgodne z neutralnym podejściem. Ustalanie standardowych form, takich jak „osoba korzystająca z wózka” zamiast „osoba na wózku” czy „osoba z niepełnosprawnością” zamiast po prostu „niepełnosprawny”, może pomóc w rozwijaniu języka, który respektuje podmiotowość tych osób. Dzięki temu zwiększamy szansę, że język ten zostanie przyjęty i stosowany nie tylko przez pracowników samorządowych, ale również przez społeczeństwo w codziennych kontaktach.
Czy poznański magistrat wypracował jakieś konkretne dobre praktyki jeśli chodzi o wspieranie językowe osób z niepełnosprawnością?
Intensywnie pracujemy nad wdrażaniem prostego języka w komunikacji urzędowej. Niedawno przygotowaliśmy podręcznik, który wskazuje, jak posługiwać się prostym językiem w kontaktach z mieszkańcami. Te wytyczne dotyczą oczywiście wszystkich, ale mają szczególne znaczenie dla osób z niepełnosprawnościami, które mogą odnieść korzyści z bardziej zrozumiałych komunikatów. Co ważne, choć traktujemy to jako dobrą praktykę, w Poznaniu prosty język zyskuje formalne umocowanie; istnieje zarządzenie prezydenta dotyczące jego stosowania, co sprawia, że ta zasada staje się bardziej obowiązująca.
Dobrych praktyk uczymy się na bieżąco i dzielimy tą wiedzą wewnątrz urzędu. Osoby mające większy kontakt z mieszkańcami, w tym z osobami z niepełnosprawnościami, stają się naturalnymi ambasadorami prostego języka, zwracając uwagę kolegom na błędne sformułowania. Proces ten, podobnie jak działania na rzecz dostępności, wymaga czasu i wytrwałości. Mimo iż wydaje się to proste, że możemy „od jutra mówić inaczej”, wymaga to zmiany głęboko zakorzenionych nawyków i stereotypów językowych. Dlatego też dobre praktyki to u nas element codzienności. Każdy kontakt to okazja, by wzmocnić i rozwijać te standardy.
Dr Ewa Małachowska z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, jedna z naszych rozmówczyń w ramach projektu NIEsłownik, zwróciła uwagę że język, którym się posługujemy, bywa nadmiernie naukowy, nie dostosowuje się go do potrzeb rozmówcy. Uwaga ta dotyczyła przede wszystkim kwestii komunikacji lekarz-pacjent, ale można ją przecież rozwinąć na inne obszary życia.
Błąd systemowy istnieje od lat. Np. urzędy posługiwały się specyficznym, często mało czytelnym językiem, dlatego teraz dążymy do wprowadzenia prostego języka w kontaktach, zwłaszcza listownych, mailowych i bezpośrednich z mieszkańcami. Prosty język stawia na przejrzystość i nazywanie rzeczy po imieniu. W pismach urzędowych najważniejsze informacje są umieszczane na początku, a dopiero później pojawiają się szczegóły. W przypadku osób z niepełnosprawnościami, w szczególności osób z niepełnosprawnością intelektualną, taka zmiana ma ogromne znaczenie. Pomaga zrozumieć komunikaty, które dotąd były trudne w odbiorze.
Od lat udostępniamy ważne informacje w formie ETR-u, czyli tekstów łatwych do czytania i rozumienia. To korzystne dla obu stron: mieszkańcy rozumieją informacje od razu, co redukuje liczbę dodatkowych pytań i sprawia, że procedura przebiega szybciej i sprawniej. Korzyści dostrzegają też osoby spoza grupy docelowej, jak seniorzy czy obcokrajowcy, dla których uproszczone teksty są znacznie bardziej przystępne. Jest to proces, który będzie trwał, ale już widzimy pozytywne efekty.








