Wychowywałam się w małej społeczności, gdzie byłam po prostu „Kasią”, bez etykietowania mojej niepełnosprawności. I ten brak naznaczania bardzo mi pomógł – mówi Katarzyna Rogowiec, dwukrotna mistrzyni paralimpijska w biegach narciarskich, prezeska Fundacji Avanti.
Sportowców paraolimpijskich często przedstawia się jako paralimpijczyków bohaterów przekraczających ludzkie możliwości.
Katarzyna Rogowiec: Irytuje mnie taka narracja. Sport paralimpijski, jak każdy obszar, wymaga zgłębienia, by właściwie o nim mówić. Choć faktem jest, że sport paralimpijski różni się od olimpijskiego, to bardziej niż takie określenia brakuje mi kontekstu, który wyjaśnia, że te dyscypliny nie są równoważne swoim olimpijskim odpowiednikom. Dyscypliny paralimpijskie są dostosowane do różnych kategorii niepełnosprawności, które mogą się różnić nawet ze względu na porę roku, a sposób klasyfikacji zimowych i letnich sportów jest odmienny. Główne, co mnie irytuje w medialnej komunikacji o sukcesach osób z niepełnosprawnościami, to powierzchowne traktowanie tematu. Narracja o sukcesach „pomimo wyzwań”, brak głębszego wyjaśnienia, co za tym stoi.
Czy nie jest tak, że w mediach osoby z niepełnosprawnościami pojawiają się głównie wtedy, gdy temat dotyczy niepełnosprawności. Jeśli ktoś jest np. wybitnym prawnikiem, rzadko zostanie poproszony o komentarz dotyczący prawa, chyba że temat dotyczy barier architektonicznych lub kwestii związanych z niepełnosprawnością.
Nie do końca się z tym zgodzę, bo np. w mediach często jest obecny były poseł i prawnik Sławek Piechota, którego widziałam komentującego różne tematy, poza kwestiami niepełnosprawności. Ale oczywiście zdecydowanie istnieje potrzeba, by media miały na uwadze kompetencje osób z niepełnosprawnościami i by w ich dziedzinach traktować je jako równorzędnych partnerów do rozmowy, co z pewnością przyczyniłoby się do normalizacji ich obecności w społeczeństwie.
Osoby starsze często mają zakorzenione określenia, takie jak „kaleka” czy „inwalida”, i mogą mieć trudność z zaakceptowaniem bardziej nowoczesnych opisów niepełnosprawności.
Powinniśmy dążyć do stosowania nowoczesnego języka, ale nie należy narzucać go w sposób agresywny. Używanie określenia „osoba niepełnosprawna” zamiast „osoba z niepełnosprawnością” nie powinno automatycznie wywoływać obrazy. Wybór nazewnictwa, niezależnie od tego, czy mówimy o „osobie niepełnosprawnej” czy „osobie z niepełnosprawnością”, jest kwestią indywidualnych preferencji. Sama doświadczyłam sytuacji, kiedy osoby bez rąk mówiły o sobie „ogryzki”, co mnie osobiście nie odpowiada, ale rozumiem, że w danym środowisku może to być przyjęte i funkcjonować bez problemu. Kluczowe jest, aby zachować elastyczność i dostosować język do sytuacji oraz osobistych preferencji. W kontaktach między ludźmi empatia i szczerość są niezwykle ważne. Przykładowo, kiedy spotykałam osoby niewidome, sama miałam dylemat, czy powiedzieć „do widzenia”.
Co zrobić, jak ktoś ma wątpliwości?
Najlepiej po prostu zapytać wprost, jak ktoś chciałby być traktowany, zamiast sztywno trzymać się ustalonych reguł. Styl rozmowy, ton i intencja są często ważniejsze niż dosłowne słowa. Zły język może być szczególnie krzywdzący, gdy jest używany z premedytacją. Skecze, które wyśmiewają np. jąkanie lub osoby z niepełnosprawnościami, mogą być dla nich bolesne, a jednocześnie stają się źródłem uprzedzeń dla innych. Wychowywałam się w małej społeczności, gdzie byłam po prostu „Kasią”, bez etykietowania mojej niepełnosprawności. I ten brak naznaczania bardzo mi pomógł. Niestety, stygmatyzacja, szczególnie w młodym wieku, może silnie wpłynąć na dalsze życie danej osoby. Dlatego też od najmłodszych lat powinniśmy uczyć się empatii i zrozumienia, które kształtują zdrową, inkluzywną komunikację.








